poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Prolog

Chłopak cicho zaklął słysząc głośną melodię swojego dzwonka. Leniwie przyłożył telefon do ucha uprzednio naciskając zieloną słuchawkę. - Słucham – wychrypiał słabym głosem, brak towarzystwa, z którym można by w wolnej chwili porozmawiać dawał się we znaki. - Masz robotę, Flynn, jestem pewny, że się ucieszysz – czerwonowłosy rozpoznał brzmienie swojego kolegi z pracy, Fletchera. Wbrew pozorom nie licząc ciągłych oklepanych żartów o piersiach i humorkach kobiet Ferb nie był taki zły, wiele pomógł Fineaszowi. Było to może spowodowane tylko tym, że sam pracował tu od roku i doskonale wiedział jakie są początki? Cóż, byli dla siebie jak bracia. Oczy Danvilleczyka automatycznie powiększyły się niczym u małego dziecka, które przed sekundą dostało zabawkę. Po tonie głosu przyjaciela i syrenach dobiegających ”z oddali” stwierdził, że nie będzie to znowu nudna robota w biurze, a nareszcie prawdziwa akcja. Z trudem powstrzymał się od uśmiechu, ponieważ przeczuwał, iż jest związane z tym morderstwo i po prostu mu nie wypada.
*
 Fineasz niemalże na jednym wdechu ubrał się w swój roboczy mundur i popędził na miejsce wyznaczone przez Fletchera. Zaparkował samochód na poboczu jednej z najdroższych ulic Londynu i od razu przez jego głowę przeszły miliony scenariuszy zdarzeń, które mogły tu zajść, lecz postanowił, że najpierw dokładniej pozna sytuację, a dopiero potem weźmie się za ogólną ocenę. Przeszedł przez żółtą taśmę wymachując legitymacją policyjną (która była jego kluczem do szczęścia) komisarzom stojącym obok po czym pokierował się w stronę wejścia do apartamentu. Z zewnątrz dom wyglądał jak na jego oko wspaniale, białe ściany z gdzieniegdzie ceglanymi dodatkami, dwa piętra, duże okna, czerwony dach i ogromny, drewniany balkon. Fineasz w jednej chwili uświadomił sobie, że to tylko północne ”skrzydło” budynku, więc z pozostałych trzech stron musi wyglądać to równie dobrze, a nawet lepiej. Wszedł do środka i od razu uderzył go swąd spalenizny, który najprawdopodobniej – według jego domyśleń – dobiegał z salonu. - Nieźle to wygląda, prawda? – chłopak poczuł szturchnięcie w plecy, a do jego uszu dobiegł znajomy głos Ferba. – Ciekawe ile musiałbym pracować na taką chatę… Prawie poszło z dymem… - młody mężczyzna podrapał tył swojej głowy tym samym obracając się wokół własnej osi i analizując straty. - A więc co się tak właściwie tutaj stało? – Flynn odwrócił się w stronę przyjaciela ignorując jego zawodzenia na temat spraw finansowych. - Morderstwo, dwudziestoletnia dziewczyna, jakaś aktorka czy coś… Piosenkarka! Właśnie! O takim zespole jak One Direction słyszałeś? Dziewczyna jednego z nich… Dostała rurą w głowę, sprawca ją podpalił, aby zamaskować ślady, ale sprzątaczka minutę po zdarzeniu weszła do domu i zadzwoniła po policję i straż – młody mężczyzna zmarszczył brwi jakby próbując sobie przypomnieć więcej szczegółów. Fineasz jeszcze raz rozejrzał się po domu, który do najbiedniej urządzonych nie należał. Białe ściany z czerwonymi wzorami, ciemne, dębowe meble, bordowa kanapa stojąca na podłodze o takim samym ubarwieniu jak umeblowanie i biały dywan, na którym funkcjonariusze zabezpieczali ciało. Danvilleczyk zdał sobie sprawę, że zabójstwo nie mogło być przypadkiem, a interesem w który wmieszani są zawodowcy. Konkretny powód, dobrze zaplanowana akcja, nie będzie łatwo. Chłopak miał już zadać kolejne pytanie Ferbowi kiedy doszedł do niego jeszcze jeden znajomy głos, brzmienie, które nie należało do jego ulubionych. - Kogo ja tu widzę! Flynn! Mam dla ciebie wspaniałą wiadomość! – Buford zaśmiał się serdecznie do Fineasza podając mu dłoń. Ilekroć czerwonowłosy nie dotykałby tej szorstkiej dłoni tyle razy przez jego ciało przechodziły niemiłe dreszcze. Van Stomm. Czasami młodemu mężczyźnie przychodziło na myśl, że jego identycznie jak wszystkich zwyrodnialców powinno się zamykać w więzieniu, lecz jedynie, aby przestał nieustannie kłapać językiem. Chłopak mógłby przysiąc, że bardziej fałszywej osoby w życiu nie poznał. Najgorszy w tym demonie był ten irytujący, cwany uśmieszek, który niczym u zdemoralizowanego nastolatka przenigdy nie schodził z twarzy. - Z tej racji, że wyjeżdżam na urlop i mnie niestety ominie ta przyjemność zadecydowałem, że zastąpi mnie właśnie pan. Wszystkie potrzebne papieru podam ci, kolego już zaraz i pozostaje mi życzyć ci jedynie powodzenia – Nadkomisarz podał młodszemu stos dokumentów jedynie mrugając na odchodne.
Po raz kolejny Fineasz został przez niego oszołomiony. Postęp otępiania Flynna tym razem jednak przekroczył wszelkie bariery i jedyną rzeczą, które biedak mógł zrobić było mruganie. Po prostu stał na środku nadpalonego salonu trzymając stertę kartek, między nieprzyjemnym zapachem dymu i ludźmi, którymi miał kierować. On. Dwudziestotrzyletni chłopak z zaledwie czterema miesiącami doświadczenia na krzyż.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz